motyl

motyl

wtorek, 4 grudnia 2018

Nurtuje mnie pewna rzecz... Męczy mnie od jakiegoś czasu kilka spraw. Irytują mnie działania niektórych ludzi, przeszkadzają mi, sprawiają, że...są nie fair. Mocno to odczuwam. Przyznam, że...nazbierało się, nagromadziły się rozciągnięte w czasie. Składają się z niby obojętnych elementów, jednak kiedy się powtarzają okazują się być eleastyczne jak guma. Pojawia się nowy element, a reszta napręża się do granic możliwości i odbija uderzając boleśnie. Może limit napięcia już się wyczerpał. Granica. Może doszło do momentu kulminacyjnego. I to nie są działąnia jakichś tam ludzi. To są ludzie obok, z którymi mam związek od wielu lat, robimy wspólne rzeczy, coś nas łączy. Okazuje się, że te rzeczy nie są jednak wspólne wspólne. Dla jednych są bardziej wspólne, dla innych mniej. Jedni o drugich zapominają. Mimo, że drudzy pamiętają i biorą innych pod uwagę, nie raz odwlekając w czasie różne rzeczy. Tylko dla tego by być fair. Dusi mnie to i boli. Zwykle przemilczałam, liczyłam na to, że ułoży się może, nie lubię konfliktów, zwykle staram się ich unikać. Może to niedobrze, bo nie mówię od razu co myślę. Dzieje się tak dopiero wtedy kiedy się wkurzę, ale też nie zawsze. Czuję jednak, że przyszedł czas mówienia, że trzeba wreszcie postawić granicę i podsumować pewne rzeczy. Atmosfera się oczyści, albo... Nie wiem co albo właśnie. Nie zakładam, żeby się rozwaliło bezpowrotnie, ani tak nie czuję. Próbuję nie raz dyskretnie napomknąć, dać do zrozumienia. Staram się delikatnie, wielokrotnie. To nie bardzo działa, nie ma zrozumienia. Może nigdy nie będzie. Coś mi mówi, że to ma związek z podejściem, przekonaniami, obawiami...nie wiem. Często dzieje się tak, że pomóc, dać coś od siebie, zadziałać w grupie jest trudno. Jeśli chcemy i możemy to jest ktoś komu się to nie podoba, to jeszcze pół biedy,lub ktoś kto personalnie jest na to zablokowany. Mogę się tylko domyślać dlaczego. Może stoi za tym jakaś obawa, może uprzedzenie, może strach (ponoć ten najpewniej). Tak to trochę wygląda. Jakby ktoś się bał, że jeśli damy coś od siebie to coś komuś zabierzemy, coś straci. Tylko pytanie skąd to się bierze? Myślę, że każdy z nas ma wiele do zaoferowania i zwykle to nie są te same rzeczy. Mamy różne zdolności, predyspozycje. Otoczenie bywa zamknięte na bezinteresowność jakby była jakimś zagrożeniem. Może faktycznie jest w niektórych błędnym pojęciu. Tylko czasem robimy coś dla sieie i dla innych, żeby nadać życiu barw, żeby coś stworzyć, żeby było, dla wszystkich. Tylko po to. Słyszałąm różne opinie. A to, że popularność nawet, a to coś tam. Tylko to wogle nie to. Naprawdę dziękuję za rady, które nie wynikają ze zrozumienia sytuacji a tylko z konfrontacji ze sobą i z wypowiadaniu opowieści o swoim życiu, o samym sobie. Naprawdę istnieje szersze spektrum. Kierujemy się różnymi rzeczami. Może zatem ja powinnamzrozumieć ten strach, próbuję, ale godzi we mnie. Nie chcę nikomu niczego zabierać. W grupie siła. Rzeczy mają sens tworzone razem. Warto jednak pamiętać o wszystkich i traktować ich równo, nie zapominać i przypisywać całokształtu osiągniętego projektu sobie. To zwyczajnie nie fair. Nie zgadzam się na to. Miło by było gdyby pozwolono innym robić to w czym są dobrzy, zaakceptować to, nie traktować jako zagrożenie indywidualne, bo coś tam. Bo jak on coś tam robił to on ma wyłączność, to jedmu się należy. Otóż nie. Są zdolności, talenty, dary. To trochę jak z tańcem. Jak nie poczujemy o co chodzi to choćbyśmy się uczyli kroków pamięciowo, całych układów i choreografii to guzik z tego będzie. Najważniejsza jest baza, podstawa, flow. I ktoś może studiować taniec 15 lat i nie czuć go nadal i starać się nauczać go innych, ale w taki sposób, że nawet nie sprawia to nikomu radości. Ktoś inny natomiast po prostu to ma, pląsa jak dziki i nie potrzebuje studiowania. Oprócz tego ludzie chcą żeby się z nimi dzielił tym co ma...

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz